Read English

 

 

Marek Domanski
 
obiekt fotograficzny, 70x88cm, fotografia, stal, żywica epoksydowa
 

Theatrum fotograficum

 

     Obserwując kolejne artystyczne realizacje Marka Domańskiego jeszcze do niedawna odnosiłem wrażenie, że są one tak od siebie odmienne, iż nie tworzą spójnej wypowiedzi określającej drogę, jaką podąża ten artysta. I nie był to bynajmniej zarzut, a zwyczajna konstatacja faktu. Ta różnorodność w istocie była bardzo interesująca. Domański porusza się w wielu konwencjach i technikach fotograficznych. Jest artystą, który opanował rzemiosło i dzięki temu może swobodnie wypowiadać się stosując różne środki ekspresji. Tworzy cykle, które możemy określić mianem dokumentalnych oraz to, co zazwyczaj nazywamy fotografią kreacyjną. Dziś wiem, że od dłuższego czasu oba te nurty zmierzały w jednym kierunku.
     Ostatni cykl Psychopompos okazał się swego rodzaju kodą, podsumowaniem, zakończeniem pewnego etapu podróży. Po tym zestawie prac nic nie będzie już proste, ponieważ iluminacja jest darem, ale i przekleństwem. Oto trzeba nauczyć się żyć z wiedzą, z nowym zdobytym doświadczeniem, należy zakończyć proces wielkiej syntezy. Przed artystą jest zatem jeszcze wiele pracy, bo proces ten dopiero otwiera się przed nim. Jego zapowiedzią jest omawiany projekt, w którym ujawniły się wszystkie dotychczasowe wcielenia artysty. W istocie Domański działa nie tylko jako twórca, ale także jako badacz i wreszcie także jako alchemik, którego materiałem badawczym stał się styk światła i mroku, miejsce tajemnicze, fascynujące i niebezpieczne. Uważam, że fotograf jest szczególnie predestynowany do prowadzania tego typu badań alchemicznych.
     Cykl taki jak Psychopompos nie powstaje przypadkowo. Zanim twórca osiąga pełną gotowość do podjęcia tego typu niebezpiecznej wyprawy powinien się do niej dobrze przygotować. Musi dojrzeć, doświadczyć i przemyśleć swój stosunek do świata. Musi także poddać się duchowej dyscyplinie oraz treningowi. Dlaczego nie może być inaczej? Otóż odpowiedzi dostarcza nam Fryderyk Nietzsche pisząc, że ktokolwiek zagląda w otchłań, musi liczyć się z tym, że otchłań może wejrzeć w niego. To bardzo realne niebezpieczeństwo, nie można bezkarnie przemieszczać się od świadomości do podświadomości, od realności do nierealności, od świata ludzi do świata istot nadprzyrodzonych. A zatem, wykonując taki szamański lot, twórca musi być przygotowany do tego, aby za każdym razem umiejętnie z niego powrócić. Oczywiście szczegóły takich podróży pozostaną dla nas tajemnicą. Możemy jednak oglądając prace Domańskiego wyczuwać utrwalone na nich ślady innych światów, innych istnień, innych rzeczywistości.
     A zatem kiedy poznałem najnowszy cykl prac Domańskiego, uświadomiłem sobie, że droga, którą kroczy jest prosta i że każdy kolejny zestaw fotografii był jedynie przystankiem na szlaku.
     Zacznijmy do projektu W stronę Światła, w stronę Ciszy. Już sam zamysł, aby wybrać się w stronę światła i ciszy sytuuje Domańskiego na rubieżach dzisiejszej cywilizacji. Patrzeć na świat oczami fotografa nie jest łatwo. Dziś wydaje się to być nawet trudniejsze niż kiedykolwiek dotychczas. Ciągłe poszukiwanie motywów, sytuacji godnych uwiecznienia, interesujących ujęć, zmusza do nieustannego "aktywnego" patrzenia. Ten percepcyjny proces bywa piękny i pouczający, często jednak jest męczący, nawet frustrujący. Wymaga on nieustannego treningu, uwagi i skupienia. Fotograf nakłada na fizjologię postrzegania siatkę kulturowych znaczeń, symbolicznych odniesień, wreszcie swój prywatny stosunek do rzeczywistości. I właśnie ten ostatni aspekt wydaje się być kluczowy dla artystycznej postawy Marka Domańskiego. Na jego fotografiach zostają utrwalone wizualne ślady świata, ale w taki sposób, że za Louisem Daugerrem chce się powiedzieć "oto natura znalazła sposób, aby reprodukować samą siebie, za pomocą odbitego światła". Ówczesna, XIX wieczna, postawa względem fotografii przepełniona była sakralną niemal pokorą. Doskonale opisał to Walter Benjamin stwierdzając, że w tym pionierskim okresie rozwoju fotografii wszystko nastawione było na trwanie. Czas naświetlania światłoczułego materiału wymagał cierpliwości, zarówno od fotografa, jaki i od pozujących mu modeli. Świat przenikał na kliszę, a nie był tak jak dziś gwałtownie chwytany. W tych pracach Domańskiego odnajduje ślady "tamtego" spojrzenia. Oczywiście, nie jest tak, że natura, "świat" samoreprodukuje się dzięki fotografii, ale w tym przypadku, artyście udało się uzyskać wrażenie tego niezwykłego efektu. Jak sądzę nie jest to tylko kwestia stosowanej przez niego techniki fotografii otworkowej, choć z pewnością nie pozostaje to bez znaczenia. Jest to coś innego, coś co odczuwam jako naturalne następstwo stosunku do świata, w którym centralnym elementem staje się poszukiwanie skupienia i ciszy. Dlatego obrazy te obok przedstawienia form i struktur, zawierają w sobie cząstkę owej kontemplacyjnej postawy. Nie należy zatem ulegać złudzeniu, że możemy oglądać je pobieżnie i nieuważnie (jak zazwyczaj czynimy z fotografią), wręcz przeciwnie - podobnie jak buddyjskie koany wymagają one uwagi i cierpliwości. Jeśli zatem uda nam się potraktować materialny wymiar fotografii Marka Domańskiego jako punkt wyjścia, będziemy mieli szansę zwrócić się w rejony bardzo od materii odległe.
     Do ważnych prac artysty należy także realizowany od kilku lat zestaw zatytułowany Miejsca niewidzialne. Domański "kolekcjonuje" obrazy przestrzeni tak zwyczajnych i jednocześnie powszechnych, że stają się one dla nas niemalże niewidoczne. Fotograf swoim gestem kreacji przywraca im obecność - czyni je ponownie widzialnymi. Jednak czar przywrócenia działa jedynie wówczas wtedy, gdy patrzymy na fotografie. Poza nimi świat pozostaje nadal niewidzialny.
     Po drodze powstał także cykl packshotowych zdjęć zatytułowanych Made in China. Wspominam o nich nie dlatego, aby wymienić jeszcze jeden zrealizowany projekt artysty, ale dlatego, że dowodzi on szalenie ważnego faktu. W moim odczuciu jest to poczucie humoru artysty, zdolność do lekkiego ujęcia tematu. Otoczeni jesteśmy rzeczami made in China, także istotne z punktu widzenia naszej kultury symbole, reprodukowane są gdzieś w fabrykach Państwa Środka. Wybrane przedmioty doskonale to odzwierciedlają, a konwencja zdjęć katalogowych podkreśla proces zmiany wszystkiego w produkt. Ten dystans i poczucie humoru wydaje mi się bardzo istotne, dzięki nim artysta nie popada w patos, kiedy zaczyna zajmować go metafizyka.
     Wróćmy jednak do istotniejszego dla naszych rozważań zestawu fotografii, czyli zajrzyjmy w otchłań Pokoju zabaw. Wiele ważnych wskazówek dostarcza nam sam autor. "Cykl Pokój zabaw składa się z kolorowych fotografii wykonanych kamerą otworkową, która na swój szczególny, magiczny sposób rejestruje zainscenizowane w studio sytuacje. Ustawione przed aparatem obiekty znalazły się tam dzięki przypadkowi i intuicji, ale zostały z rozmysłem połączone, oświetlone i perfidnie sfotografowane. Wiele wyjaśnia tytuł cyklu, którego pierwsze słowo sugeruje zamkniętą, odizolowaną przestrzeń. W tej przestrzeni rozgrywa się pozornie beztroska, czasem frywolna zabawa będąca w istocie okrutną grą, której reguły ciągle się zmieniają".
     O jakich okrutnych grach mówi Domański? Co dzieje się naprawdę w pokoju pełnym zabawek? Jakie sytuacje mogły zaistnieć dzięki przypadkowi i intuicji artysty? Otóż rozgrywa się tam swoisty teatrzyk okrucieństwa, zabawki nie ucieleśniają słodyczy i radości, odgrywają role ze świata dorosłych. Czasami z pozoru wydają się one nawet zabawne, ale tylko przez chwilę. Każda z tych "zabawnych" postaci na zdjęciach Domańskiego staje się tragiczna, czasami zmutowana, okaleczona, drapieżna lub zagubiona. W tym teatrze nie ma miejsca na zabawę. Pojawia się za to lalka z dziurą w plecach, żołnierz gwałcący Barbie, są chrząszcze otaczające figurkę Chrystusa, jest zapadająca się pod ziemię Matka Boska oraz dinozaur z głową blondwłosej lalki. Wszystko to zdecydowanie niepokoi, a specyficzna kolorystyka i brak ostrości stwarzają oniryczny klimat. Jest to ten rodzaj snu, z którego chcemy się jak najszybciej przebudzić. Pomimo tej onirycznej atmosfery prace te opowiadają w metaforyczny sposób o sprawach jak najbardziej realnych - o samotności, o świecie pozorów i iluzji, o przemocy.
     Punktem zwieńczającym ten etap twórczej drogi jest wystawa Psychopompos. Widać to niezwykle wyraźnie w odniesieniu do poprzednich projektów Domańskiego. Zakończenie to jest nie tyle domknięciem wieloletniego procesu, ale i próbą dokonania syntezy wątków, które wcześniej już pojawiały się w pracach artysty. To także ewidentne wejście na nowy tor myślenia o fotografii i jednoczesne wyjście w stronę artystycznego obiektu. Technika wykonania prac jest tu bardzo istotna. Oddajmy raz jeszcze głos twórcy. "Fotografuję zainscenizowane w studio obiekty, które znajduję lub buduję. Konstruując plan, próbuję sięgnąć do czarno-białego złomowiska wspomnień, idei i symboli z dna mojej pamięci. Dopasowuję je do siebie, tworząc na kliszy znaki. Łączę paralelne przestrzenie budując światy istniejące tylko na zdjęciach.(.) Odbitki oprawione w stalowe ramy pokrywam żywicą. Jej nie całkiem przezroczysta warstwa, stwarza pewien dyskomfort oglądającemu, który nie powinien zapomnieć, że obcuje z iluzją zakodowaną na płaszczyźnie (.)".
     Strategia twórcza zastosowana w tym przypadku jest zatem złożona. Z archiwum swojej pamięci, autor wybiera zestaw znaków i symboli, dla których poszukuje materialnego ekwiwalentu. Jest majsterkowiczem pracującym w świecie symboli. Konstruuje z przeróżnych odpadów sceny, które, pomimo że przybierają realne kształty, pochodzą wprost ze światów metafizycznych.
     Psychopompos to przewodnik dusz. W mitologii greckiej był nim Hermes, który prowadził zmarłego w zaświaty. W psychologii Junga psychopompos jest pośrednikiem pomiędzy tym, co świadome a nieświadome. W wielu kulturach funkcję psychopomposa spełniał szaman, którego głównym zadaniem było podróżowanie wzdłuż osi świata do królestwa zmarłych albo do krainy bogów. Zadanie szamana nie polega jedynie na odprowadzeniu zmarłego w zaświaty, ale także na wprowadzeniu nowonarodzonego dziecka w świat ludzi. Podróżuje on zatem nie tylko do krainy śmierci, do świata cienia, ale także do krainy życia i światła.
     W swoich artystycznych wyprawach Domański także przemieszcza się po różnych rejonach, światach paralelnych, oscyluje między tym co mroczne a tym co świetliste. W istocie on sam staje się posłańcem - psychopomposem. Jego wyprawy są formą uprawiania gnozy. Ta ścieżka samopoznania opiera się z jednej strony na wiedzy naukowej i technicznej, a z drugiej wzmacniana jest poglądami pozanaukowymi, przekonaniem o konieczności poszukiwania duchowości, może nawet Boga. W każdym razie w tych pracach odczuwalna jest opozycja pomiędzy światem zewnętrznym a wewnętrznym. Domański jednak nie rozdziela tych światów z manichejską zaciekłością. Jego droga poznania prowadzi go od świata materii do świata ducha, fizyka staje się drogą do metafizyki. Rozróżnienie na fotografie dokumentalną i kreacyjną traci sens. Każde zdjęcie jest w pewnym sensie dokumentem, nawet wówczas, gdy stanowi ono rejestrację obrazów pochodzących ze światów nieistniejących.
     Szczególnie symboliczna staje się według mnie praca zatytułowana Patrząca. Widzimy sylwetkę postaci, może zjawę, może właśnie psychopomposa spoglądającego przez mieszkowy aparat fotograficzny. Z obiektywu wypływa struga silnego światła. Aparat wykonuje na tym obrazie pracę odwrotną niż ta, do której została zaprojektowany. Maszyna fotograficzna staje się narzędziem poznania metafizycznego. Rzuca ostre światło i rozjaśnia swoim spojrzeniem zaciemnione przestrzenie. Ten gest odwrócenia ustalanego porządku może być kluczem do zrozumienia prac Domańskiego.
     Dokąd zatem prowadzi nas Domański? Czy możemy za nim podążyć, czy lepiej pozostać na bezpiecznej pozycji obserwatora? Odpowiedzi na te pytania uzależnione są od indywidualnych dyspozycji każdego z nas, od tego na ile poddamy się wskazówkom psychopomposa. Jedno jest pewne Domański staje się artystą coraz bardziej radykalnym w swym dążeniu do poznania wewnętrznego świata. I choć pracuje on jednocześnie w dwóch światach, to w jego twórczości zbliżają się one coraz bardziej do siebie. Fotografia zdaje się być idealnym narzędziem dochodzenia do takiej syntezy. Twórca jest nieustannie zmuszany do poszukiwania odpowiedniego ekwiwalentu do tego, aby oddać swoje pomysły. Jego artystyczna intuicja i wrażliwość musi wciąż od nowa mierzyć się z materialnością. Fotograf pracujący tak jak Domański jest w pewnym sensie reżyserem kreującym za każdym razem inną jednoaktową sztukę. Theatrum fotograficum staje się miejscem spotkania artysty i odbiorcy, który niczym widz podczas spektaklu musi poświęcić czas, aby w pełni odebrać prezentowaną mu treść. Ten typ fotografii nie da odczytać się "krótkim spojrzeniem", wymaga zatrzymania uwagi i podjęcia próby wejścia w głębie obrazu.

 

Tomasz Ferenc, 2007

 
obiekt fotograficzny, 70x88cm, fotografia, stal, żywica epoksydowa
 
obiekt fotograficzny, 88x70cm, fotografia, stal, żywica epoksydowa
 
obiekt fotograficzny, 88x70cm, fotografia, stal, żywica epoksydowa
 


Wystawa zrealizowana w ramach
PROGRAMU OPERACYJNEGO
"Promocja Twórczości"

 
Copyright ©2007 Galeria FF ŁDK, Marek Domański, Tomasz Ferenc